top of page

8018km przygód, 22 dni, 14 krajów i 1 małżeństwo, które przetrwało EuroTrip2025

katpoplawmoto
3 dni temu
23 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 45 minut temu



Cześć! Czy znacie motocyklową parę, w której dziewczyna, tuż po skończeniu liceum, zabrała swojego chłopaka jako plecak na weekendowy zlot motocyklowy, a kilka lat później, już jako żona, nauczyła go jeździć motocyklem? Jeśli nie, to właśnie się poznajemy. Jesteśmy Kasia i Mateusz.


Tuż przed Augustowskimi Motonocami, 2015 rok.
Tuż przed Augustowskimi Motonocami, 2015 rok.

Choć na tej wyprawie jechaliśmy razem, tę historię opowiem Wam z mojej perspektywy. Nasza motocyklowa przygoda zaczęła się od tego, że to ja jeździłam, a Mateusz siedział z tyłu. Po ślubie zamieniliśmy jeden motocykl na dwa, a pasażera na drugiego kierowcę. Nie musiałam go długo namawiać. Z motocyklem zaklikało mu chyba nawet szybciej niż ze mną 14 lat temu. Nie będę jednak o to zazdrosna, bo dzięki temu zyskałam najlepszego kompana do podróży. Czy to subiektywna ocena? Oczywiście.


22 dni razem, 8018 kilometrów, 14 krajów i cała masa przygód to jednak całkiem niezły test dla każdego związku. My ten test zdaliśmy, bo po powrocie nadal jesteśmy małżeństwem, a co więcej, zamiast mieć siebie dość, zaczęliśmy planować kolejną podróż i chyba całkiem nieźle nam to wychodzi.


Do tej pory nasze motocyklowe podróże ograniczały się głównie do Polski. Ta wyprawa miała być czymś zupełnie innym. Po raz pierwszy ruszaliśmy tak daleko, na dwa motocykle i na tak długo. Wiedzieliśmy, że czeka nas sporo kilometrów, ale nie mieliśmy pojęcia, ile przygód zmieści się w tych 22 dniach.


Podczas naszych podróży role są jasno podzielone. Ja planuję trasę, wyszukuję ciekawe miejsca, robię research, przygotowuję listę rzeczy do zabrania i prowadzę. Zawsze jadę pierwsza. Mateusz odpowiada za elektronikę, sprzęt na wypadek awarii i serwis motocykli. Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że jego wyjazdy są pełne niespodzianek. Zazwyczaj nie zna dokładnej trasy. Ja wiem, dokąd jedziemy. On dowiaduje się po drodze i jeszcze czasami się sprzecza, że w złym kierunku jadę. Ach, Ci mężczyźni…


Ruszamy
Ruszamy

Dzień 1 W podróż wyruszyliśmy na dwóch motocyklach. Ja dosiadłam czerwonej „bestii”, Hondy NC700X z 2012 roku. Wiadomo, czerwona, więc szybsza. Mateusz ruszył na białej perle, czyli Suzuki DL650 V-Strom z 2014 roku. Ledwo wyjechaliśmy z domu, jeszcze wtedy naiwnie mając nadzieję, że deszcz przejdzie bokiem, a po chwili musieliśmy zakładać przeciwdeszczówki. Padało aż do Częstochowy.


Logistyka wymagała noclegu w tym miejscu, bo byliśmy tuż po weselu znajomych, więc regeneracja była wskazana. Mogliśmy wyjechać dzień później, ale droga nas wzywała! Po dotarciu na nocleg wybraliśmy się na Apel Jasnogórski. Pomodliliśmy się o szczęśliwą podróż, a o pogodę zapomnieliśmy.



Dzień 2

Drugi dzień przywitał nas soczystą ulewą, która towarzyszyła nam przez całą drogę, aż do Mikulova, do dobrze znanego wszystkim Hotelu Zamecek. Gdy zajechaliśmy na miejsce, nasze kiszki dosłownie grały marsza. Nie będę ściemniać, czeski trunek również był celem degustacji. Wciągnęliśmy obiadokolację, czyli wieprzowinę z duszoną kapustą i knedlikiem oraz gulasz wiedeński z dobrze znanym dodatkiem, knedlikiem.



Dzień 3

Trzeci dzień przywitał nas pięknym słońcem. Z bananami na twarzach schowaliśmy przeciwdeszczówki w kufrach i wskoczyliśmy na motocykle! Hura! Tego dnia ruszyliśmy w stronę noclegu w okolicach Grossglocknera.


Zapomniałam dodać na wstępie, że jeździmy w dość charakterystycznych kamizelkach odblaskowych z napisem „POLSKA”. Jedni ich nienawidzą, drudzy uważają za przypałowe, a my zauważyliśmy, że odkąd w nich jeździmy to nie mamy wymuszeń pierwszeństwa na drodze, ludzie nie zajeżdżają nam drogi i przede wszystkim zauważamy, że jesteśmy w nich bardziej widoczni. Wspominam o tych kamizelkach, bo oprócz zwiększenia bezpieczeństwa, ludzie zza granicy mylą nas z policją, a Polacy po prostu z nami rozmawiają.


Po drodze zatrzymaliśmy się na austriackim MOP-ie, żeby nasmarować łańcuchy. Okazało się, że był to „polski MOP”, ponieważ co chwilę z kimś rozmawialiśmy (przez kamizelki). W pewnej chwili wjechała Skodziana i wyszły z niej dwie kobiety. Cudownie nam się rozmawiało, ale czas pędził nieubłaganie. Już się żegnaliśmy, zapinaliśmy kaski, a tu nagle dziewczyny krzyczą, że mają truskawki z Polski i żebyśmy się poczęstowali.


Truskawki! W Austrii! Myśleliśmy, że to żart, ale nie. Prawdziwe, czerwone, soczyste i pachnące. Tak właśnie smakował trzeci dzień naszej podróży. Po tym bezpiecznie dotarliśmy do hotelu. Ah pamiętam te ekscytacje, w końcu kolejnego dnia rano mieliśmy zdobyć ten wymarzony Grossglockner.



Dzień 4

Wstaliśmy z samego rana, wyjechaliśmy chwilę po siódmej. Ekscytacja sięgała zenitu. W końcu, w końcu mieliśmy wjechać do miejsca, które do tej pory oglądaliśmy tylko na filmach. Ta dziecięca radość i ciekawość świata, która budzi się w nas, gdy tylko wsiadamy na motocykle, jest czymś niezwykłym.


Zrobiliśmy zdjęcia przed bramkami i ruszyliśmy ku górze. Serce waliło jak szalone, a głowa kipiała od tych przecudownych widoków, które nas otaczały. Pisząc to, przypominam sobie, jak pierwszy raz pojawiła się we mnie tak ekstremalna ekscytacja. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej, było coraz piękniej. Śnieg, przebijanie się przez chmury... och, w takich momentach cisnęły mi się na usta słowa „Kocham życie!”.


Po chwili beztroska ekscytacja minęła, bo nagle zobaczyłam wielki, włochaty tyłeczek, który pędzi prosto pod moje koła. Krzyczę do Mateusza przez interkom: „Wie... wie...”, pauza, „NIE! To świstak!”. Ledwo uszliśmy z życiem ;) Oczywiście ja lub świstak! Drań jeden, samobójca i „prawie” niszczyciel podróży. Kto wie... kto by przetrwał to zderzenie? Świstak czy Honda? Nie dowiemy się tego. Na szczęście!


Dzień jeszcze był długi, więc po napawaniu się widokami, cudną drogą, w tym zakrętami, popruliśmy na Słowenię.




Dobrze znany Mangart i przełęcz Vršič wypadły z naszego planu. Niestety okazało się, że zostały zamknięte, więc udaliśmy się prosto w kierunku jeziora Bled. Chwila przerwy przy jeziorze, fotki, filmik i z powrotem wylądowaliśmy na naszych rumakach.


Nadszedł czas na Jaskinie Szkocjańskie. Pędziliśmy, zachwycając się Słowenią, aby zdążyć na wejście z przewodnikiem. Szybko przypięliśmy kaski i pobiegliśmy po bilety. Zdobyliśmy je niczym złote Graale! W jaskini wybraliśmy trasę średnią. Nie zapomnę jej nigdy. Kto jest motocyklistą, ten doskonale wie, jak komfortowo zwiedza się w motocyklowych ubraniach (pot płynął strumieniami), ale widoki rekompensowały wszystko. Największy podziemny kanion, ekstra przejścia i niezwykłe formacje skalne nas zachwyciły.



Po zwiedzaniu mieliśmy chwile odpoczynku na łyk wody, wyrównanie tętna i… pojechaliśmy do Piranu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, pozwoliliśmy, aby miasteczko nas pochłonęło. Przechadzając się między uliczkami, stwierdziliśmy, że czas coś zjeść.


Zobaczyliśmy małą knajpkę, kilka stolików było już zajętych. Zdecydowaliśmy się usiąść na zewnątrz. Zamówiliśmy coś do picia i przegryzienia. Obok nas przy stoliku siedziała para, w wieku 60+. Popijali wino, rozmawiali ze sobą, a kobieta co jakiś czas na nas zerkała. Po otrzymaniu zamówienia Mateusz zaczął nalewać napoje do szklanek. W tym momencie zagaiła do nas Jane wraz z mężem Dougiem, mówiąc, że „to takie romantyczne i że miło się na nas patrzy”. Od razu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, tak jakbyśmy się już kiedyś znali. Okazało się, że są małżeństwem z Nowej Zelandii i podróżują po całym świecie, uciekając od zimy, która w tym czasie u nich panuje. Doug jest związany z branżą lotniczą, więc w domu mają spakowane walizki i gdy tylko jest okazja, wskakują do samolotu, którym lecą w kolejne miejsce. Spędziliśmy wspólnie czas do momentu, aż zaczęło się ściemniać. Wymieniliśmy się numerami telefonów (jesteśmy w kontakcie do dziś) i ruszyliśmy w poszukiwaniu noclegu. W środku nocy znaleźliśmy motel, w którym zatrzymaliśmy się na noc. Właściciel od razu zaproponował postawienie motocykli na podwórku, to było bardzo miłe.



Dzień 5

Ruszyliśmy dalej, tym razem wzdłuż chorwackiego wybrzeża. Pierwszym przystankiem był Kanał Limski, a stamtąd pojechaliśmy do Puli. Zwiedziliśmy Łuk Sergiusza, przespacerowaliśmy się po przepięknej starówce i zajrzeliśmy do słynnego amfiteatru.


Z Puli ruszyliśmy w stronę Labina, gdzie czekała na nas pyszna pizza w Pizzerii Pineta, poleconej przez właściciela poprzedniego noclegu. Później znów wsiedliśmy na motocykle i ruszyliśmy trasą prowadzącą tuż przy morzu. Kolejne kilometry chorwackiego wybrzeża doprowadziły nas aż do miejscowości Senj. To był jeden ze spokojniejszych dni naszej podróży.




Dzień 6

Kolejny dzień przyniósł nam coś zupełnie innego. Pojechaliśmy zobaczyć tajną baze lotniczą Željava. Gdy tylko przyjechaliśmy na miejsce, to wypróbowaliśmy możliwości płyty lotniska, a następnie podjechaliśmy pod słynne wejście do tunelu, gdzie stała cała grupa motocyklistów, +/- 20 maszyn. Nieśmiało zeszliśmy z motocykli, wzięliśmy kamerę oraz latarkę czołówkę i poszliśmy do środka, aby zobaczyć co kryje się w tych przeolbrzymich korytarzach. Spacerując we wnętrzu zauważyliśmy zwisające z sufitu betonowe elementy na prętach zbrojeniowych, otwory w ziemi, którymi spływała woda oraz gruz.


Po wyjściu okazało się, że zostały nasze motocykle oraz 2 dodatkowe. Ich kierowcami byli Czesi, Viktor i Pavel. Poprosiliśmy, żeby zrobili nam zdjęcia. Dzięki temu poznaliśmy się i dostaliśmy propozycję wspólnego zwiedzania bazy na dwóch kółkach, od środka. Nie wiem, kto pierwszy się zgodził. Ja czy Mateusz? Jadąc w środku, mijaliśmy otwory w ziemi, gruz, kamienie i kolejne korytarze. W pewnym momencie musieliśmy zawrócić. Ze względu na niskie zawieszenie naszych motocykli nie byliśmy w stanie pokonać jednej z przeszkód. Zawróciliśmy i wtedy, już po drodze powrotnej, zabłądziliśmy. Tunel za tunelem, zakręt za zakrętem, aż w końcu udało nam się znaleźć wyjście. Tak szczerze… w życiu nie zdecydowalibyśmy się wjechać do środka, gdyby nie nasi nowo poznani znajomi. Czy jazda w tunelach była rozsądna? Zdecydowanie nie. Nie polecam powtarzać, ale jeśli ktoś spróbuje… miejcie oczy dookoła głowy i lepiej uważajcie na dziury w ziemi!




Następnie udaliśmy się w stronę Jezior Plitwickich. Jechaliśmy za ciągiem samochodów. Bezpośrednio przede mną jechał tir z naczepą, a przed nim bus, który skutecznie torował drogę, ponieważ poruszał się bardzo wolno. Tir dosłownie siedział mu na „tyłku”. Jechaliśmy spokojnie za całą kolumną. Co jakiś czas wychylałam się, żeby sprawdzić, czy jest sens wyprzedzać, ale nie było na to ani miejsca, ani potrzeby. Nawigacja pokazywała, że za chwilę będziemy przy jeziorach, więc po prostu jechaliśmy dalej. Nagle kierowca busa zjechał na pobocze. Pomyśleliśmy, że pewnie chce się zatrzymać i przepuścić ciągnący się za nim sznur samochodów. Bardzo się myliliśmy.


Facet w popłochu zjechał na pobocze, puścił tira, po czym nagle energicznie zaczął zjeżdżać prosto na mnie. Zdążyłam zatrąbić, odkręciłam manetkę na maksa i wjechałam na środek drogi. W jednej chwili musiałam znaleźć miejsce pomiędzy tirami nadjeżdżającymi z naprzeciwka a busem, który właśnie próbował wjechać prosto we mnie. W interkomie słyszałam tylko przerażony krzyk Mateusza. Gdy wjechałam przed busa, zobaczyłam, że kierowca… zamarł. Skąd wiem? Odwróciłam się i bezradnie rozłożyłam ręce. Nie musiałam nic mówić. Chyba sam zobaczył, co właśnie zrobił. Jestem pewna, że w tamtej chwili dotarło do niego, co się przez jego manewr wydarzyło. Bus jeszcze bardziej zwolnił i w pewnym momencie puścił również Mateusza.


Na szczęście kilka minut później byliśmy już na miejscu. Niestety, tutaj zderzyliśmy się z kolejną rzeczywistością. Zbyt optymistycznie założyliśmy, ile czasu potrzebujemy na zwiedzanie. Szybko okazało się, że Jeziora Plitwickie zasługują na znacznie więcej czasu, niż mieliśmy tego dnia.



Pokręciliśmy się więc trochę po okolicy i podjęliśmy decyzję, że zamiast robić wszystko w pośpiechu, wracamy na wybrzeże. Przed nami była dalsza jazda wzdłuż Adriatyku, wskoczyliśmy na Magistralę Adriatycką. Postanowiliśmy, że naszym celem będzie Trogir. Niestety tego dnia adrenalina nadal nas nie opuszczała. Nie obyło się bez awarii.


Tuż za miejscowością Pakoštane wyjechaliśmy z terenu zabudowanego. Pełen gaz, rura! Czas nas gonił, właśnie zaczynał się zachód słońca. Nagle poczułam, że wypada mi bieg. Z szóstego na piąty. Przysięgam, nigdy, przenigdy w życiu mi się to nie wydarzyło. Od razu pomyślałam: „Oho, zaraz coś się wydarzy”. Spojrzałam przed siebie i wtedy zobaczyłam, że moja szyba zaczyna się odrywać. Dosłownie wychodziła z mocowań.


Szybko złapałam ją jedną ręką. Zahamowałam, przełożyłam rękę, żeby złapać sprzęgło, a drugą cały czas trzymałam szybę. Za mną zatrzymał się Mateusz. Decyzja była szybka: pełny demontaż szyby. Wtedy nagle podjechał do nas @Sorrow_rr. Od razu zapytał, co się stało, podał nam namiary na mechaników i wymieniliśmy się numerami, tak na wszelki wypadek. Szybę zawinęliśmy w kamizelkę odblaskową i szarą taśmą przymocowaliśmy do kufra.



Musieliśmy jechać do Trogiru. Dwie godziny wcześniej zarezerwowaliśmy tam dwie noce, więc nie mieliśmy już za bardzo pola manewru. Napisaliśmy do właściciela pokoju, że mamy awarię i dotrzemy późno w nocy. Jechaliśmy w totalnej ciemności, a Adriatyk wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż za dnia. Gwiazdy odbijały się w tafli wody, wokół nas migały światła niezliczonych łódek i statków, a na wzgórzach nad mijanymi miastami pięknie mieniły się oświetlone domy.


Do Trogiru dotarliśmy o 22:30. Gdy Srdan nas zobaczył, od razu zrozumiał, co stało się z szybą. Pokazał nam, gdzie możemy postawić motocykle, po czym powiedział, żebyśmy nawet nie szukali pomocy w Trogirze, tylko spróbowali załatwić sprawę w Splicie. Następnie kazał nam zostawić rzeczy i usiąść na tarasie. Po chwili zniknął. Wrócił z lodowatym piwem, które po prostu nam podarował.


Stwierdziłam, że nie ma co bezczynnie siedzieć, tylko trzeba działać. Napisałam post z prośbą o pomoc, wraz ze zdjęciem pokazującym awarię, na międzynarodowej grupie Hondy NC700X. Dodałam, że jadę do Grecji, jestem aktualnie w Trogirze i potrzebuję pomocy. Jeszcze tej samej nocy zaczęły pojawiać się odpowiedzi. Jedna z kobiet podała mi swój numer telefonu i napisała, że rano przyjedzie nam pomóc. W tamtej chwili pomyślałam tylko jedno, trafiliśmy na anioła stróża.


Dzień 7

O godzinie 7 rano zadzwonił do mnie telefon. Usłyszałam kobiecy głos. „Jadę właśnie ze Splitu do Trogiru. Spotkajmy się na stacji paliw...” Podała nazwę stacji i rozłączyła się. Pędem zerwaliśmy się z łóżka, szybko się ogarnęliśmy i wskoczyliśmy na motocykle.


Pojechaliśmy w kierunku stacji. Wjechaliśmy na rondo i nagle zobaczyliśmy kobietę, która rano do mnie dzwoniła. Skąd wiedzieliśmy, że to ona? Na kasku miała charakterystyczny czerwony warkocz, a jechała Hondą Rebel, którą wcześniej widzieliśmy na zdjęciu na Facebooku. Wjechaliśmy na stację dokładnie w tym samym momencie. W tym samym, mimo że przyjechaliśmy z dwóch różnych stron. Przypadek? Odpowiedzcie sobie sami. Ja uważam, że w życiu nie ma przypadków. Sanja miała przewieszoną przez ramię różową torbę do transportu psa. Pomyślałam: „Co tu się dzieje? Co z tej torby zaraz wyskoczy?”. Gdy tylko ją otworzyła, naszym oczom ukazał się pinczer. Skakał jak szalony, ale jednocześnie pokornie reagował na komendy. Przywitaliśmy się, po czym wskoczyliśmy na motocykle, żeby zawieźć psa Sanji do jej taty.



Następnie ruszyliśmy do Splitu, ale sama droga była istną komedią. Moja nawigacja co chwilę ostrzegała mnie przed kolejnym fotoradarem, więc zwalniałam, bo bałam się chorwackich, groteskowych mandatów. Sanja szybko to zauważyła. Na światłach powiedziała do mnie: „Znam tu wszystkie fotoradary. Jak cisnę, to ciśnij jak ja”. No to pocisnęliśmy wszyscy. Przy prawie czterdziestostopniowym upale jechaliśmy tak szybko, że pędzące powietrze dawało nam przyjemną ulgę. Do czasu, aż trafiliśmy na korek. Na mojej nawigacji zobaczyłam przeogromny zator. Spojrzałam na Sanję, a ona już trąbiła, machała rękami i ostro gazowała. Rozganiała kierowców niczym szefowa tej drogi. Dojechaliśmy do Splitu, gdzie trafiliśmy do pierwszego mechanika. Dał nam części potrzebne do zamontowania szyby. W ramach wdzięczności zaprosiliśmy Sanję na śniadanie, ponieważ nie chciała przyjąć od nas pieniędzy.



Gdy się rozstaliśmy, ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety, historia z szybą miała jeszcze jeden rozdział. Po drodze szyba ponownie się urwała. Gumki mocujące w tej temperaturze dosłownie się rozpływały. Szybka decyzja. Zadzwoniłam do salonu Hondy i poprosiłam o pomoc oraz namiary na mechanika. Traf chciał, że poznaliśmy dwóch braci, rodowitych mieszkańców Splitu. Ogi wraz z bratem, gdy tylko nas zobaczyli, zaczęli do nas machać. Chwilę później już zabrali się za naprawę szyby. W międzyczasie rozmawialiśmy o podróżach i motocyklach. Okazało się, że Ogi kolekcjonował motocykle Hondy i sprowadzał je aż z Japonii. Pokazał nam swoją kolekcję na zdjęciach. W pewnym momencie zapytał, dokąd jedziemy. Gdy opowiedziałam mu o naszym planie podróży, spojrzał na szybę, wyciągnął telefon i podał mi namiary na ludzi w Grecji i Serbii. Były to jego kontakty SOS, czyli osoby, do których mogliśmy zwrócić się o pomoc w razie kolejnych problemów.


Po naprawie wróciliśmy do Trogiru. Pozostałą część dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miasta i kosztowaniu pysznego jedzenia. Wieczorem podziwialiśmy zacumowane jachty i po prostu cieszyliśmy się chwilą.



Dzień 8

Ósmego dnia postanowiliśmy podbić drugi co do wysokości szczyt Chorwacji, Sveti Jure. W drodze na taras widokowy mijaliśmy konie, krowy, byki, osły i kozy. Prawdziwe górskie safari! Widoki ze Skywalku były fenomenalne, ale to był dopiero początek. Przed nami była jeszcze trasa na szczyt i najwyżej położona droga w Chorwacji.



Okazało się, że ruszyliśmy ku szczytowi jako pierwsi z grupy motocyklistów, która spotkała się na tarasie widokowym. Za nami podążali pozostali, więc starałam się prowadzić grupę żwawym tempem. Po dotarciu na szczyt Mateuszowi „zabrakło nogi”, gdy stawiał motocykl na stopce. Nagle w interkomie usłyszałam: „Pomocy, zaraz się wywrócę!”. Pobiegłam, ile sił w nogach, w jego kierunku, ale na szczęście para motocyklistów z Francji była szybsza i zdążyła mu pomóc. Obyło się bez większych szkód, jedynie z małym zadrapaniem na kufrze. Gdy sytuacja została opanowana, Francuz podszedł do mnie i powiedział: „Thank you for opening the road”. Było mi naprawdę miło.


Pokręciliśmy się jeszcze po górze, zrobiliśmy zdjęcia, nagraliśmy kilka filmików i ruszyliśmy w dół. W pewnym momencie stado krów postanowiło urządzić sobie spacer po asfalcie. Mateusz jakoś się przebił, a ja? Zostałam otoczona. Wtedy wjechał on... kierowca z fantazją, który zaczął trąbić na krowy. Nie dość, że nic tym nie zdziałał, to jeszcze sprawił, że wszyscy poczuliśmy, jak szybko potrafi rosnąć ciśnienie. Bałam się, że idące w stadzie byki mnie staranują.



Z Chorwacji wyskoczyliśmy do Bośni i Hercegowiny. Po drodze zobaczyliśmy znaki na Medjugorie i decyzja była natychmiastowa. Gdy zajechaliśmy do Medjugorie, postanowiłam zatrzymać się przy drodze, w jedynym widocznym cieniu. Okazało się, że zaparkowaliśmy tuż obok sklepików z dewocjonaliami. Gdy tylko zgasiliśmy motocykle, podeszła do nas Leonarda, prowadząca jeden ze sklepików. W 37-stopniowym upale wyszła do nas z butelkami zimnej wody. Chwilę porozmawialiśmy, kupiliśmy pamiątki, a przy okazji okazało się, że Leonarda sama jeździła motocyklem. Zwiedziła na nim wiele krajów i kontynentów. Pokazała nam zdjęcia ze swoich podróży i podpowiedziała, co warto było zobaczyć w okolicy.


Pojechaliśmy zobaczyć kościół, pomnik Jezusa i cmentarz. Następnie udaliśmy się do Mostaru, który zdecydowanie nas zaskoczył. Spodziewaliśmy się znacznie większego mostu. Ludzka wyobraźnia jednak czasami lubi płatać figle. Na koniec zajrzeliśmy do Blagaj Tekija, a potem wyruszyliśmy w stronę Dubrownika.



Oczywiście dzień bez przygód byłby dniem straconym, więc na przejściu granicznym mieliśmy dodatkowe atrakcje. Jakie? Jakoś tak wyszło, że zapomniałam, że nie jesteśmy w strefie Schengen. Na ostatnim przejściu granicznym myślałam, że nikogo nie ma w budkach. Oj, jak bardzo się myliłam. Nagle wybiegła za mną policja, a funkcjonariusze z przejścia wyszli na środek. Mateusz w interkomie pytał „Kasiu, co Ty robisz?!”. Szczerze? Sama nie wiem, co mi się stało. Szybko wycofałam motocyklem do policjantów. Przeprosiłam, powiedziałam, że od tego gorąca mózg chyba przestał prawidłowo pracować. Zaczęli się śmiać, sprawdzili dokumenty i powiedzieli, że mogę jechać do kolejnego okienka. Już wyluzowałam. Pomyślałam sprawa załatwiona, teraz będzie z górki. Jak bardzo się myliłam!


Wyszła kobieta, nazwijmy ją Helga. Od razu miała minę niczym Arnold Schwarzenegger w „Terminatorze”, który za chwilę miał wypowiedzieć słynne „Hasta la vista, baby”. Zaczęła się litania. Pytanie o alkohol i papierosy. Tłumaczę jej, że nic nie mam. Pyta z niedowierzaniem ponownie. Powtarzam to samo. Nagle mówi, że mam otwierać wszystkie kufry. U Mateusza zrobiła to samo. Zaczęła w nich grzebać. Wyjęła przeciwdeszczówki, kolejną parę rękawic i motocyklowy szpej, po czym kazała nam zamknąć kufry. Chwilę później Helga wpadła na kolejny genialny pomysł i zapytała, gdzie będziemy spać. Pomyślałam: „Oho, świetnie, to teraz będzie cyrk”. Tłumaczę jej, że nie wiemy, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy tego dnia będziemy wracać do Chorwacji. Kobieta patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Powiedziałam, że jedziemy zatankować i dopiero wtedy będziemy czegoś szukać i rezerwować. Helgę chyba całkowicie wgięło. Pauza. Nagle machnęła ręką i powiedziała, żebyśmy sobie jechali.


Po przekroczeniu granicy pojechaliśmy na najbliższą stację benzynową, żeby zatankować motocykle i jak zwykle znaleźć nocleg na kolejną noc. Tym razem szukaliśmy czegoś taniego w okolicach Dubrownika.



Dzień 9

Dzień dziewiąty rozpoczęliśmy w Dubrowniku. Miasto przywołało piękne wspomnienia. To tutaj, w 2019 roku, na murach oświadczył mi się Mateusz. Spacerując, wspominaliśmy tamten dzień. Było pięknie i upalnie. Dobrze, że Dubrownik ma wiele punktów, w których można uzupełnić wodę.


Po spacerze wróciliśmy do motocykli. Mateusz, podając mi kask, upuścił go, a ja z wrażenia zatrzasnęłam schowek, w którym były moje kluczyki od motocykla. Definitywnie to był efekt przegrzania. Tak to sobie tłumaczymy. Na szczęście na wszelkie wyprawy zabieramy kluczyki zapasowe, więc szybko dostaliśmy się do głównych kluczyków.



Następnie ruszyliśmy do Czarnogóry. Przejechaliśmy wzdłuż malowniczej Zatoki Kotorskiej, zajrzeliśmy do Kotoru, a naszym kolejnym celem były słynne Serpentyny Kotorskie. Zanim jednak na nie dotarliśmy, czekał nas jeszcze jeden „skrót”, który przyprawił nas o niezły skok ciśnienia. Nasze umiejętności jazdy dopiero rosły. Nawigacja poprowadziła nas stromym podjazdem, na którym czuliśmy, jak pot spływał nam po plecach, a adrenalina rosła. Gdy w końcu dotarliśmy na właściwą drogę prowadzącą na serpentyny, poczuliśmy ogromną ulgę. Dalej było już tylko cudownie. Widok z agrafek wynagrodził nam wcześniejsze emocje, a droga w stronę Cetynii zachwycała na każdym kolejnym zakręcie. Góry, serpentyny i panorama Czarnogóry sprawiały, że co chwilę mieliśmy ochotę zatrzymać się i po prostu patrzeć.


Po zjechaniu z gór ruszyliśmy w stronę Dobrej Vody, gdzie mieliśmy zakończyć kolejny intensywny dzień. Znajomi załatwili nam nocleg u swojego przyjaciela. Przyjął nas do siebie i na powitanie poczęstował butelką białego wina. Po takiej trasie trudno było o lepsze zakończenie dnia.



Dzień 10

Dziesiątego dnia z Czarnogóry przenieśliśmy się do Albanii, znanej jako „Kraj Orłów”. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Zamku Rozafa. Ruiny, widok na trzy rzeki i legenda o zamurowanej Rozafie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Nasze motocykle czekały zaparkowane na podwórku u Alexa, który pozwolił nam zostawić je tam bezpiecznie. Gdy zbieraliśmy się do wyjazdu, przyniósł mi kwiaty. Zamocowałam je na motocyklu i ruszyłam z nimi w dalszą podróż.



Kolejnym ważnym punktem dnia był przejazd przez malownicze pasmo Gór Przeklętych, znanych również jako Alpy Albańskie. Drogą SH21 wyruszyliśmy do wioski Theth, ukrytej wśród majestatycznych szczytów. SH21 dostarczyła nam całej gamy zachwytów. Malownicza droga, spektakularne widoki i kolejne zakręty sprawiały, że nie mogliśmy oderwać wzroku od otaczających nas gór. Na końcu drogi w Theth przywitał nas maleńki kościółek. Można śmiało powiedzieć, że stan zen został osiągnięty. Pełne ukojenie ciała i duszy.



Noc spędziliśmy w Szkodrze, kosztując albańskiej kuchni i przemierzając ciemne uliczki otoczone wysokimi murami.



Dzień 11

Jedenastego dnia poznaliśmy gorące oblicze Albanii. Upał nie odpuszczał, a temperatura w cieniu sięgnęła 39 stopni. Naszym głównym celem było miasteczko Kruja i górujący nad nim zamek. Imponujące widoki, masywne mury i historyczny klimat zrobiły na nas ogromne wrażenie. Po zwiedzaniu zajrzeliśmy również na słynny bazar w Kruji, pełen rękodzieła, zapachów i lokalnych produktów.


Kolejnym przystankiem na trasie był Berat. Droga do niego nie należała do najprzyjemniejszych. Co chwilę mijaliśmy wyrwy w asfalcie, w powietrzu unosił się zapach palonych traw i śmieci, a upał bezlitośnie wyciskał z nas resztki sił. Tego dnia po raz pierwszy w życiu poczułam, co to znaczy naprawdę się przegrzać. W pewnym momencie podczas jazdy zaczęły zamykać mi się oczy. Czułam, że coś było nie tak. Przysnęłam. Gdy się ocknęłam, bez wahania zjechaliśmy na najbliższą stację. Uzupełniliśmy elektrolity i zaczęliśmy się chłodzić. Pracownicy stacji okazali się bardzo uprzejmi i pozwolili nam odpocząć w środku, w klimatyzowanym pomieszczeniu. Dzięki temu zregenerowaliśmy siły i mogliśmy ruszyć dalej.



Po dotarciu do Beratu i krótkim spacerze po urokliwym miasteczku ruszyliśmy w stronę Orikum, gdzie mieliśmy spędzić noc. Jak to u nas bywało, dzień bez przygód był dniem straconym. Wieczorem wybraliśmy się najpierw na polowanie na arbuza, a później na kolację do jednej z lokalnych knajpek. Gdy właściciel przygotowywał nam posiłek, nagle zgasło światło. To nie była zwykła awaria. Całe miasto pogrążyło się w totalnej ciemności. Nastał prawdziwy blackout. Kolację dokończyliśmy przy blasku księżyca i śmiechu, a później ruszyliśmy do mieszkania przez pogrążone w mroku ulice, oświetlając sobie drogę latarkami w telefonach. Wokół panowała kompletna ciemność. Jedynie co jakiś czas straszyły nas koty, które nagle wyskakiwały z wielkich kubłów na śmieci. Kiedy w końcu dotarliśmy do mieszkania, prąd właśnie wrócił. Albania po raz kolejny zadbała o to, żeby zwykła kolacja zamieniła się w kolejną przygodę.



Dzień 12

Dwunasty dzień podróży rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Albańskie sklepy nie zachęcały do zakupów, więc śniadanie składało się z arbuza z nocnego bazarku, polskiej mielonki oraz placków do tortilli przywiezionych z domu. Po takim „pełnowartościowym” posiłku ruszyliśmy w stronę Grecji.


Po drodze czekała na nas Przełęcz Llogara, położona na wysokości ponad 1000 metrów. Kręte serpentyny, tunel prowadzący w dół oraz widoki na Morze Jońskie sprawiły, że przejechaliśmy ją w obie strony. Góry spotykały się tu z morzem, tworząc widoki, od których trudno było oderwać wzrok. Następnie wjechaliśmy na drogę SH8 biegnącą wzdłuż albańskiego wybrzeża. Dla motocyklisty był to prawdziwy raj. Świetna nawierzchnia, piękne łuki i turkusowe zatoki wynagradzały wszystko. Tego dnia w cieniu było jednak 40 stopni. Minęliśmy grupę motocyklistów, w której jeden z nich dostał udaru słonecznego. Wymiotował i ledwo trzymał się na nogach. To zdecydowanie nie był najlepszy czas na jazdę w czarnym stroju i czarnym kasku. Grzało. Oj, grzało. My ratowaliśmy się zimnymi napojami, a chusty i ubrania motocyklowe moczyliśmy wodą, żeby choć przez chwilę poczuć odrobinę chłodu.


Kolejnym przystankiem był grecki Wąwóz Vikos. Choć wcześniej widziałam Grand Canyon, Vikos zrobił na mnie ogromne wrażenie. Był węższy, bardziej dziki i intensywnie zielony. Podczas postoju zauważyliśmy, jak burzowe chmury zaczęły wlewać się do wąwozu. Szybko uzupełniliśmy zapasy wody ze źródła przy kapliczce i ruszyliśmy dalej. W ostatniej chwili zmieniliśmy trasę do noclegu w okolicach Meteorów. Zamiast malowniczej drogi wybraliśmy autostradę i tunele wydrążone w górach, żeby oddalić się od nadciągającej burzy. Gdy niebo się przejaśniło, wróciliśmy na malowniczą trasę. Po drodze spotykaliśmy jeszcze żółwie, które zupełnie nie przejmowały się ani burzą, ani naszym pośpiechem.


Na noc zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie mówiono wyłącznie po grecku. Kto z nas nigdy nie grał w kalambury, niech pierwszy rzuci kamieniem. Kilka gestów i wszystko dało się załatwić. Hotelik prowadziła starsza pani razem z córką. Na kolację dostaliśmy pizzę dokładnie taką, jaką przygotowywały nam babcie lub mamy w dzieciństwie, z grubym, drożdżowym spodem i prawdziwie domowym smakiem. Do tego zmrożone kufle z zimnym napojem. Po takim dniu nie potrzebowaliśmy już niczego więcej.



Dzień 13

Trzynastego dnia podróży ruszyliśmy ku greckim Meteorom. Po drodze zrobiliśmy szybkie zakupy w lokalnym sklepie. Udało się upolować picie i 7daysy, więc byliśmy szczęśliwi, że zdobyliśmy tak „pożywne” jedzenie. Z trasy podziwialiśmy widoki, w tym skały z wydrążonymi jaskiniami. Gdy dotarliśmy na miejsce, zatrzymaliśmy się na chwilę z widokiem na Meteory, a następnie ruszyliśmy na zwiedzanie. Wybraliśmy klasztor św. Barbary. Byłam w długich spodniach motocyklowych, ale żeby wejść do środka, musiałam dodatkowo przewiązać się chustą. Wyglądało to tak, jakbym narzuciła na siebie spódnicę.


Po wizycie w klasztorze ruszyliśmy w kierunku Leptokarii. Z mapy wynikało, że czekała nas całkiem ciekawa trasa, ale szybko okazało się, że największym wyzwaniem będzie tego dnia temperatura. Po otwarciu wizjerów powietrze wtłaczające się do kasku przypominało podmuch z suszarki do włosów. Zatrzymaliśmy się więc na stacji benzynowej, gdzie standardowo moczyliśmy chusty i ubrania, a zimne puszki wciskaliśmy pod kurtki, żeby choć trochę się ochłodzić.


Tego dnia planowaliśmy nocleg w Salonikach, a po drodze chcieliśmy zahaczyć o miejsce z zaburzoną grawitacją, gdzie puszki podobno toczyły się pod górę. Oczywiście musieliśmy przeprowadzić własny eksperyment. Sukcesu nie ogłaszamy, ale winkle i widoki były przednie.


Do Salonik dotarliśmy przy zachodzącym słońcu. Zarezerwowaliśmy nocleg, przebraliśmy się i ruszyliśmy zwiedzać miasto. Tętniło życiem, a nocą, siedząc nad wybrzeżem, podziwialiśmy gwiazdy i przepływające statki.



Dzień 14

Czternasty dzień rozpoczęliśmy od lokalnych wypieków i kawy, po czym ruszyliśmy z Grecji w kierunku Bułgarii. Pierwszym przystankiem był Melnik, czyli miejsce winem płynące. To właśnie tutaj powstawał słynny Melnik 55. Nie mogliśmy wyjechać bez odpowiedniego zaopatrzenia kufrów.


Z Melnika ruszyliśmy w stronę Sofii i wtedy zaczęła się prawdziwa walka. Wiatr był niesamowicie silny i nieustannie spychał motocykle z obranego toru. Kiedy próbowałam przyspieszyć, motocykl momentami… zwalniał. Mateusz pytał, dlaczego jadę coraz wolniej. Spojrzałam na licznik i nie wierzyłam własnym oczom. Z tyłu głowy miałam tylko jedną myśl „Zaraz urwie mi szybę!”. Mateusz również przyznał, że przez cały czas musiał walczyć z wiatrem. Lekko zdecydowanie nie było.


Po dotarciu do Sofii szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie. Po całym dniu spędzonym w siodle czekała nas kolejna przyjemność, czyli odkrywanie następnego miasta.



Dzień 15

Tego dnia odezwali się do nas znajomi, Magda i Adam, z informacją, że wybierali się do Rumunii na zlot do swojego przyjaciela. Zaprosili nas, żebyśmy do nich dołączyli. Najciekawsze było to, że poznaliśmy się podczas zlotu motocyklowego w Łapach, który współorganizowałam. Promowali wtedy u nas swoją firmę. Tym razem los postanowił połączyć nasze motocyklowe drogi ponownie.


Stwierdziliśmy, że jak przygoda, to przygoda. Zamiast jechać prosto do rumuńskiej Toarcli, zaplanowaliśmy trasę przez Petrohanski Prohod, Bełogradczik i serbski Golubac. Oczywiście spokojnie być nie mogło. Jadąc w stronę przełęczy Petrohanski Prohod, trafiliśmy na ogromny korek. Zaczęliśmy wymijać samochody, aż naszym oczom ukazały się policyjne radiowozy. Droga była zamknięta. Dogadaliśmy się z policjantami na migi i musieliśmy zawrócić. Przez Iskrec i Milanovo ruszyliśmy dalej, podziwiając po drodze Łakatnickie skały.


Gdy wjechaliśmy na drogę 162, znaleźliśmy się w górskim wąwozie. Wąski asfalt, szuter, piach osypujący się ze zboczy i dziury sprawiały, że trzeba było mocno pilnować drogi. W pewnym momencie wyprzedziło nas trzech motocyklistów. Jechali tak szybko, że powiedziałam Mateuszowi, że albo doskonale znają tę trasę, albo za chwilę się rozwalą. Kilka zakrętów później zobaczyłam motocyklistę machającego na pomoc. Zwolniliśmy i naszym oczom ukazało się leżące BMW R1250GS. Okazało się, że kierowcę uratowała kamizelka powietrzna KLIM. Pobiegłam na szczyt zakrętu, żeby ostrzegać nadjeżdżających kierowców, a Mateusz wraz z pozostałymi motocyklistami postawił do pionu BMW. Na szczęście wszystko skończyło się bez poważnych obrażeń. Zbiliśmy piątki i ruszyliśmy dalej.


Kolejnym przystankiem był Bełogradczik. Tamtejsze niezwykłe formacje skalne przypominały nam trochę greckie Meteory, ale miały rdzawy kolor. Chwilę popatrzyliśmy, pozachwycaliśmy się widokami i ruszyliśmy w stronę granicy. Na przejściu Vrashka Chuka spędziliśmy około godziny. Gdy w końcu przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do Serbii, ruszyliśmy prosto do Golubaca.


Wzdłuż Dunaju jechaliśmy przy zachodzącym słońcu. Droga wiła się równolegle do rzeki, promienie odbijały się w tafli wody, a my co chwilę przejeżdżaliśmy przez tunele wydrążone w skale. Był to jeden z tych momentów, dla których właśnie jeździ się motocyklem. W pewnej chwili w interkomie usłyszałam „brzdęk”, a chwilę później Mateusz powiedział, że właśnie spadł mu na głowę kawałek skały i dzwoniło mu w uszach. Mi było do śmiechu, jemu zdecydowanie nie.


Nocleg znaleźliśmy chwilę wcześniej na stacji benzynowej. Po przyjeździe właściciel wskazał nam miejsce, gdzie mogliśmy coś zjeść. Na kolację spróbowaliśmy tradycyjnej serbskiej Karađorđevy šnicli. Przepychota.



Dzień 16

Szesnastego dnia ruszyliśmy wzdłuż Dunaju, żeby zobaczyć słynną rzeźbę Decebala, którą wcześniej podziwialiśmy na zdjęciach. Po krótkim postoju i kilku zdjęciach ruszyliśmy dalej w stronę Żelaznej Bramy. Przejazd wzdłuż Dunaju był tylko początkiem tego, co czekało nas tego dnia. Po przekroczeniu Żelaznej Bramy wjechaliśmy do Rumunii, a naszym kolejnym celem była Transalpina.



Na Transalpinę dotarliśmy dopiero po godzinie 16, dzięki czemu droga była niemal pusta. Asfalt wił się ku górze, zakręt za zakrętem, a my szybko wpadliśmy w rytm jazdy. W końcu mogliśmy po prostu odkręcić manetkę i cieszyć się trasą. Nie mogło być jednak zbyt pięknie. Znowu zaczęło mi wyrywać szybę, ale tym razem nie zamierzałam pozwolić, żeby zepsuło nam to zabawę. Chwilo, trwaj!


Im wyżej jechaliśmy, tym bardziej Transalpina nas zachwycała. Mateusz zakochał się w niej od pierwszych kilometrów i nawet długo po naszej podróży pozostawał nią oczarowany. Najbardziej podobało nam się to, że na tej trasie świetnie było widać, co czekało za kolejnym zakrętem. Dzięki temu można było płynnie składać się w kolejne łuki, a manetka sama się odkręcała. Uśmiech na twarzy również robił się coraz szerszy.


Gdy zjechaliśmy z Transalpiny, dzień wcale się nie kończył. Ruszyliśmy prosto do Hunedoary, gdzie czekała nas jeszcze jedna, dość nietypowa atrakcja. Na wjeździe do miasta powitały nas cygańskie pałace. Pierwszy raz w życiu zachwycaliśmy się… orynnowaniem budynków. Wyglądały nieziemsko, wręcz odjazdowo.



Dzień 17

Siedemnastego dnia odezwali się do nas Magda i Adam, podając godzinę, o której mieli dotrzeć do Toarcli, gdzie byliśmy umówieni. Zanim ruszyliśmy na spotkanie, pojechaliśmy pod zamek w Hunedoarze. Obejrzeliśmy go z zewnątrz, przejechaliśmy obok motocyklami, a następnie zatrzymaliśmy się w Lidlu na śniadanie i małe zakupy. Stamtąd ruszyliśmy już prosto w stronę Toarcli.


Pod koniec trasy nawigacja postanowiła dorzucić nam jeszcze jedną atrakcję i poprowadziła nas szutrami przez las. W końcu przed nami pojawił się wysoki mur i wielka drewniana brama. Dźwięk motocykli szybko zdradził nasze przybycie i po chwili wyszli do nas gospodarze. Na miejscu powitał nas Joki, niezwykle gościnny człowiek, który właśnie przygotowywał swoje podwórko do corocznego zlotu motocyklowego. Poznaliśmy jego mamę oraz Henia i Krzyśka, którzy przyjechali specjalnie na zlot, podobnie jak Magda z Adamem. Atmosfera od początku była tak dobra, że szybko poczuliśmy się jak wśród starych znajomych. Joki zaproponował nam nocleg w „stodole”. Na antresoli mieli spać Magda z Adamem, a pod nią czekały na nas dwa sienniki. Na siano naciągnięto prześcieradła, a my dostaliśmy kołdry, koce i poduszki. Prysznice były przygotowane na zewnątrz, a za budynkami znajdowały się wychodki.


Towarzystwo było przefantastyczne, więc z Mateuszem bez większego zastanowienia zdecydowaliśmy, że zostajemy. To była jedna z tych przypadkowych decyzji podczas podróży, które później okazują się najcenniejszymi wspomnieniami.



Dzień 18

Pobudka po szóstej, chwilę po siódmej ruszaliśmy na Transfogaraską, a później na Transalpinę. Byliśmy podekscytowani, bo w końcu mieliśmy przejechać trasami, które wcześniej znaliśmy głównie ze zdjęć i filmów. Widoki od razu wynagrodziły nam wczesną pobudkę.


Oprócz zakrętów i gór wypatrywaliśmy też niedźwiedzi. Magda mówiła, że powinny pojawić się bliżej zapory. Nie pomyliła się. Jadąc przez las, w pewnym momencie zobaczyłam przy poboczu brązową kulę. Niedźwiedzia, który leżał jak pies czekający na powrót właściciela. Zwolniliśmy, przejechaliśmy obok, czując ogromny respekt przed tym dzikim zwierzęciem, i pojechaliśmy dalej. Później spotkaliśmy jeszcze kilka niedźwiedzi, ale najbardziej zapamiętałam trzy albo cztery małe niedźwiadki zrywające jagody z krzaków, a za nimi przeogromną niedźwiedzicę. Widok był niesamowity.



Nigdy nie zatrzymywaliśmy się przy niedźwiedziach i po czasie jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że była to dobra decyzja. Po naszym powrocie do domu na tej samej trasie niedźwiedź zaatakował i zabił włoskiego motocyklistę. Miś przy drodze mógł wyglądać niewinnie, ale zdecydowanie lepiej było podziwiać go z bezpiecznej odległości.



Po Transfogaraskiej całą ekipą ruszyliśmy w stronę Transalpiny. Korki były ogromne, ale Magda i Adam przebijali się między samochodami niczym lokalsi. Nawet policja nas przepuszczała. Wszystko szło świetnie, dopóki przy większej prędkości znowu nie urwało mi szyby. Na szczęście miałam zapasowe mocowania. Zatrzymaliśmy się na przystanku, szybko ogarnęliśmy temat i ustaliliśmy limit prędkości, żebym mogła dalej jechać ze swoim „żaglem”.



Na Transalpinie Mateusz znowu cieszył się jak dziecko. Zrobiliśmy wspólne zdjęcia i ruszyliśmy dalej, bo tego dnia musieliśmy wrócić na noc do Toarcli. Towarzyszyli nam Henio i Krzysiek, którzy dawno nie robili tak długiej trasy. Tempo było konkretne i gdy wieczorem wróciliśmy na nocleg, Panowie mieli już serdecznie dość wszystkiego.



Dzień 19

Nastał dzień protestu. Chłopaki nie chcieli nigdzie jechać, a my z Mateuszem uświadomiliśmy sobie, że przez cały wyjazd nie mieliśmy ani jednego dnia bez motocykla.

Wszyscy wsiedliśmy więc do Heniowego busa i pojechaliśmy nad jeziora solne w Ocna Sibiului.

Były baseny, prozdrowotne błoto i mnóstwo śmiechu. Wysmarowaliśmy się nim tak dokładnie, że wyróżniały się tylko nasze oczy i zęby.



Dzień 20

Nadszedł czas rozstania. Magda i Adam postanowili odprowadzić nas jeszcze kawałek, a dołączył do nas także kolega Jokiego. Wspólnie ruszyliśmy przez Transapuseanę, która była świeżo oddana do użytku. Nowiutki asfalt, mnóstwo zakrętów i świetne widoki sprawiły, że dosłownie płynęliśmy na motocyklach. Po kolei wyprzedzaliśmy samochody, aż w pewnym momencie zostaliśmy sami na trasie. Taką drogą chciało się jechać bez końca.


Gdy Transapuseana się skończyła, wjechaliśmy do miasteczka, w którym dopiero zaczynała rozwijać się turystyka. Byliśmy już porządnie głodni, więc ruszyliśmy na pizzę. Właściciel lokalu początkowo uparcie twierdził, że sprzedawał tylko na wynos. Nie daliśmy jednak za wygraną i udało nam się przekonać go, żeby nas ugościł. Po posiłku zatankowaliśmy motocykle, pożegnaliśmy się z ekipą i ruszyliśmy już sami w stronę Sapanțy, gdzie czekał na nas słynny Wesoły Cmentarz.



Do Sapanțy dotarliśmy około 21:30. Nocleg zarezerwowaliśmy jeszcze w mieście, a po zaparkowaniu motocykli zorientowaliśmy się, że nie mieliśmy już nic do jedzenia. Przeszliśmy się więc po miejscowości w poszukiwaniu czegokolwiek, co nadawałoby się na kolację. Wszystko było już zamknięte, ale przed jednym z lokali, przypominającym trochę polskiego kebaba, zauważyliśmy kobietę rozmawiającą z kimś przed wejściem. Spróbowaliśmy szczęścia. Pani sprzedała nam dwie kanapki i dwa złote napoje. Wróciliśmy do pokoju z naszym skromnym rocznicowym menu, Mateusz odpalił film na laptopie, wznieśliśmy toast i świętowaliśmy.


Tego dnia mijała nam czwarta rocznica ślubu. Nie było restauracji, wyszukanej kolacji ani wielkich planów. Były za to motocykle, setki kilometrów, świeży asfalt, nocne polowanie na jedzenie i dwie kanapki z przypadkowo znalezionego lokalu. Trudno było o bardziej nasze świętowanie.



Dzień 21

Cel był prosty, dojechać do Cisnej na festiwal Zew się Budzi. Rano zwiedziliśmy Wesoły Cmentarz, a nad nami zaczęły zbierać się chmury. Naiwnie uznaliśmy, że pewnie tylko postraszy. Nie postraszyło. Po pięciu minutach od ruszenia lunęło jak z wiadra.



Zatrzymaliśmy się pod ogromnym drzewem, żeby założyć przeciwdeszczówki i choć trochę osłonić się przed ulewą. Deszcz walił tak mocno, że przez uderzenia kropli o wizjer praktycznie nie było widać drogi. Nawigacja poprowadziła nas przez góry i lasy, a z drzew co chwilę spadały gałęzie. Po półtorej godziny takiej jazdy, gdy tylko dostaliśmy się do miasta, zjechaliśmy na stację benzynową, zjedliśmy hotdogi i przeczekaliśmy największą ulewę. To była bardzo dobra decyzja. Po przerwie ruszyliśmy dalej w stronę Polski. Jeszcze na Węgrzech deszcz odpuścił, więc zdjęliśmy przeciwdeszczówki i resztę drogi pokonaliśmy już spokojnie.



Do Cisnej dotarliśmy bez kolejnych pogodowych atrakcji. Na miejscu spotkaliśmy Czarka, który pomagał przy festiwalu. Oprowadził nas po terenie i pokazał, jak wszystko zostało zorganizowane. Atmosfera od początku była rewelacyjna, więc szybko daliśmy się porwać imprezie.


Czarek wcześniej myślał, że nie mieliśmy jeszcze noclegu i załatwił nam nawet miejsce na polu namiotowym. Ostatecznie mieliśmy już gdzie spać. Zostaliśmy na festiwalu do końca i ten wieczór wspominaliśmy naprawdę mega pozytywnie. Zakończyliśmy go dokładnie tak, jak chcieliśmy, czyli w dobrym towarzystwie, z muzyką i świetną atmosferą.



Dzień 22

Dom. Coś się kończy, coś się zaczyna.


Pokonaliśmy dokładnie 8018,5 km. Nasza podróż właśnie dobiegła końca. Te 22 dni zostaną w naszych serduchach. Ile lekcji od życia dostaliśmy, ile zobaczyliśmy i jak bardzo podróż otworzyła nam głowy, wiedzą najlepiej ci, którzy przeżyli coś podobnego.

Kochamy podróże, a spisując tę przygodę mam ochotę wyjechać na następną choćby jutro! Chyba właśnie tak wygląda uzależnienie od podróżowania.



 
 
 

Komentarze


bottom of page